piątek, 27 marca 2015

59.) SAMOLECZENIE WZROKU. Masaż oczu. [11]


Moim ostatnim odkryciem jest znaleziony w sieci filmik demonstrujący masaż oczu dla poprawy wzroku. Filmik prowadzony przez obłędnego człowieka, z ciekawości zajrzałam na jego stronę. Jest to ścisły umysł, pracownik naukowy i pasjonata zdrowego stylu życia. Surojed od ładnych kilku lat. Ale wracając do masażu, zaciekawiło mnie, więc spróbowałam na sobie i bardzo mi się spodobało. Generalnie chyba trafiło w moment, bo wzrok mi właśnie rusza i każdego dnia widzę lepiej, także mam z tym masażem dobre skojarzenie.
Oto filmik:


A dla praktyki umieszczam tu spis czynności.
1. Rozgrzewamy dłonie 2. Środkowym palcem masujemy punkt pomiędzy brwiami 3. Nakładamy trzy palce na każdą z brwi i masujemy górną część oczodołu 4. Środkowymi palcami masujemy punkt pod oczami znajdujący się koło nasady nosa (punkty wyrazistego widzenia) 5. Środkowymi palcami masujemy punkty na skroniach 6. Środkowymi palcami masujemy górne kąciki małżowiny usznej 7. Środkowymi palcami masujemy okolice młoteczka 8. Masujemy płatki małżowiny usznej 9. Rozgrzewamy dłonie i poduszkami dłoni, pulsacyjnie, to nakrywamy na oczy to zdejmujemy. 10. Rozgrzewamy dłonie, nakładamy na oczy i trzymamy w takiej pozycji 11. Wiercimy dłońmi delikatnie naciskając oczodoły 12. Rozgrzewamy dłonie i wszystkimi palcami masujemy całą gałkę oczną (wygląda przerażająco, ale jest bardzo przyjemne) 13. Rozgrzewamy dłonie i za pomocą palca wskazującego i środkowego naciskamy górną część oczodołu i rozpoczynamy wibrowanie, jednocześnie delikatnie przemieszczając gałkę oczną ku dołowi 14. Umieszczamy palce po bokach i wibrujemy, przesuwając gałkę oczną w stronę nosa. 15. Umieszczamy palce na dole gałki ocznej i wibrujemy do góry 16. Umieszczamy palce środkowe pomiędzy nosem, a gałkami ocznymi i zaczynamy wibrować próbując przesunąć gałkę oczną na zewnątrz 17. Rozgrzewamy ręce i relaksujemy oczy (a la palming) 18. Przykładamy palce pod oczy i na przemian to dociskam to zwalniamy nacisk 19. W ten sam sposób (pulsacyjnie) środkowymi palcami dociskamy oczy po bokach. 20. Palce wskazujące kładziemy poziomo po bokach oczu i delikatnie uciskamy. 21. Kciukami zaczynamy uciskać górną część oczodołów, przemieszczając się od boków do styku brwi 22. Palcami wskazującym i środkowym uciskamy na górną część nosa 23. Prawą stroną kciuków naciskamy pod oczami (na punkty wyrazistego widzenia), poruszamy nimi 24. Wciąż trzymając kciuki otwieramy oczy i patrzymy w dal. 25. Zamykamy oczy i naciskamy na punkty wyrazistego widzenia środkowymi palcami 26. To samo palcami wskazującymi 27. Znowu środkowymi palcami uciskamy wzdłuż linii nosa, a następnie po punktach 28. Rozgrzewamy dłonie i naciskamy opuszkami kciuków na dziąsła (niedaleko nozdrzy), najpierw kciukami ustawionymi w dół, a następnie w górę. 29. Rozgrzewamy dłonie, poduszkami dłoni zakrywamy oczy 30. Głaszczemy sobie potylicę 31. Dłońmi zakrywamy całą twarz i się relaksujemy.

* * *
Ostatnio odwiedziłam znajomch i zostałam przez nich niezwykle zainspirowana, otrzymałam też wiele ciekawych informacji dotyczących leczenia wzroku. Bardo dziękuję Eli i Pawłowi i zapraszam do wspólnego odkrywania w sobie umiejętności wyraźnego widzenia. Doskonały wzrok to stan dla nas naturalny!

wtorek, 24 marca 2015

58.) SAMOLECZENIE WZROKU. Efekty po 2 tygodniach ćwiczeń. [10]


Mijają już dwa tygodnie ćwiczeń, a ja nie czuję czasu, za to czuję efekty. Moje oczy ruszają z kopyta. Czuję, że widzę lepiej. Na pewno to za sprawą ćwiczeń, ale i bezchmurna pogoda, słońce również pomagają. Niestety nie wiem w jaki sposób mierzyć efekty, gdyż praktyka pokazuje, że widzi się o każdej porze dnia inaczej to po pierwsze, a po drugie ze względu na brak okulistycznych przyrządów nie jestem w stanie powiedzieć jak to jest z dioptriami.  Problem w ocenie postepów polega też na tym, że nawet jeżeli mój wzrok poprawił się z -8,5 do -7,0 jest to wada na tyle duża, że wciaż utrudnia życie, więc trudno nawet samej mnie powiedzieć jak to tak naprawdę z moimi oczami jest. W każdym razie noszę obecnie minus siódemki, a od poniedziałku startuję z -5,5 dioptrii, bo widzenie coraz lepsze, więc trzeba iść do przodu. Zresztą coraz częściej zdarza mi się chodzić w ogóle bez okularów.
Choć słoneczko dopisuje, ćwiczenia ze słońcem w moim wydaniu to klapa, nie udaje mi się ich robić. Podobnie jest z wyobrażeniami odczuć ciepła i chłodu i przemieszczaniem ich spod gałek ocznych do potylicy i z powrotem. Nie czuję się gotowa do takich wyobrażeniówek. Reszta, a więc ćwiczenia akomodacyjne, z tablicą i ćwiczenia mięśni oczu sprawdzają się i działają. Dołączyłam do tego ostatnio masaż oczu. Łączę również ćwiczenia relaksacyjne z afirmacjami i często wtedy zasypiam, co jest niesamowicie przyjemne. Muszę tutaj również przyznać się do jednej z wad mojego charakteru – jestem niczym wiewiórka z Epoki Lodowcowej napalona na orzeszka, a moje opinie i analizy w sytuacji, kiedy jestem czymś absolutnie podjarana mogą być dalekie od rzeczywistości. Czyli często zdarza mi się (zazwyczaj mimowolnie) koloryzować.
Wspaniały nastrój się jednak utrzymuje, więc czego chcieć więcej. Z serdecznym pozdrowieniem i życzeniami zdrowia i pomyślności. Następne wieści dotyczące efektów zapodam po miesiącu ćwiczeń. Mam nadzieję, że będą bardziej mierzalne.

A na deser suficka przypowieść o ECHO:

Tata i syn poszli raz w góry, i syn uderzył się o kamień. 
- AAAAAAA - krzyknął
I zaskoczony, usłyszał:
   - AAAAAAA.
   Chłopiec zapytał:
   - Kim jesteś?
   W odpowiedzi usłyszał:
   - Kim jesteś?
   Wzburzony taką odpowiedzią,chłopiec krzyczy:
   - Tchórz!
   Odpowiedź::
   - Tchórz!
   Chłopiec zapytał ojca: "Co się dzieje?"
   Jego ojciec uśmiechnął się i powiedział: "Posłuchaj mnie uważnie".
  Ojciec woła górę:
- Szanuję cię!
I dochodzi odpowiedź:
- Szanuję cię!
- Jesteś najlepszy.
I góra odpowiada:
- Jesteś najlepszy.
  Tata wyjaśnił chłopcu: "To zjawisko nazywa się"echo", ale w rzeczywistości, to się nazywa życie... Ono daje wszystko, co mówisz.

* * *
Heeeeeeeej, góro, widzę wyraaaaźnie!

sobota, 21 marca 2015

57.) NEVROZ PIROZ BE!



NEVROZ PIROZ BE - czyli kurdyjskie szcześliwego Nowego Roku!
Równonoc wiosenna to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń w roku, przynajmniej jeżeli chodzi o wierzenia plemienne praktycznie wszystkich kultur, także naszej słowiańskiej. Dwa lata temu miałam niesamowitą możliwość zobaczyć jak obchodzona jest ta uroczystość wśród Kurdów – uczestniczyłam w obchodach Nevrozu w kurdyjskim mieście na wschodzie Turcji - Diyarbakır

Newroz – przypada na czas przesilenia wiosennego i stanowi najświętszy dzień zaratusztriańskiego roku religijnego, a zarazem najważniejsze kurdyjskie święto narodowe. Symbolizuje oczekiwanie na Ostatni Dzień, w którym nastąpi triumf prawości i który stanie się równocześnie Nowym Dniem wiecznego życia. Obchodzone 21 marca święto to uroczyste spotkanie całej wspólnoty kurdyjskiej danego regionu, wsi czy miasta. Palone są ogniska, organizowane są pikniki, a całość uświetniają kurdyjskie narodowe stroje i zbiorowe tańce - halay. Na Newroz układa się specjalne wiersze, sceny teatralne, komponuje piosenki, wszystkie o radosnej tematyce. Oprócz śpiewów gra się na instrumentach narodowych, czyli na bębnie, długim rozszerzonym u dołu flecie oraz buzuku. Wspólnym zabawom trwającym do zmroku towarzyszą krótkie prelekcje dotyczące dziejów narodu. Z uwagi na fakt, że kultura kurdyjska przez całe lata była dyskryminowana, obchody kurdyjskiego Nowego Roku nabrały politycznego znaczenia. Organizacja Newrozu była zakazana, świętowanie było więc formą społecznego sprzeciwu wobec politycznego i kulturalnego ucisku. Na obchodach pojawiają się transparenty z hasłami o odwiecznej walce Kurdów o wolny Kurdystan, we włosach kobiet wplatane są trójkolorowe wstążki w kolorach flagi Kurdystanu, zdarza się, że dzieci ubrane w narodowe stroje, na serdakach mają wszyty napis PKK, a świętujący przynoszą ze sobą zdjęcia Apo – Abdullaha Ocalana. Stolicą Newrozu stał się Diyarbakır – miasto leżące w południowo-wschodniej Turcji nad rzeką Tygrys, zamieszkałe w większości przez ludność kurdyjską, gdzie co roku z okazji Newrozu gromadzi się ponad milion ludzi. Dopiero od 2000 roku obchody można w Turcji legalnie organizować pod nazwą Newruz i jako święto tureckie.
Trochę polityczny opis, gdyż pochodzi z mojej pracy licencjackiej ze stosunków międzynarodowych, gdzie pisałam o idei państwa kurdyjskiego.
Piękne zbiorowe tańce - halay!

Wspominam 21 marca 2013 roku jako naprawdę magiczny, śniade dzieci o jasnych oczach, kolorowe stroje, ogniska i skoki przez nie, tańce zbiorowe, które trochę przypominają nasze słowiańskie korowody. W ogóle przyglądając się Kurdom powracam zawsze myślami do Słowian, bo czuję jakąś więź między nami. Co ciekawe są doniesienia naukowe, gdzie Kurdowie ze względu na swoją fizjonomię są zaliczani do Słowian, istnieją również intrygujące zbieżności językowe – liczebniki, nazwy zwierząt. Nie jest to jednak sprawa zbadana, ani też najważniejsza.
Ważny i piękny jest pierwszy dzień wiosny! W tym roku wyjątkowo okraszony zaćmieniem słońca. Życzę wszystkim z tej okazji wspaniałego sezonu, szczęścia, zdrowia i pomyślności!
A ja słowiańskim zwyczajem (rosyjska maslennica) okraszę ten dzień naleśnikami!

piątek, 20 marca 2015

56.) ALTERNATYWY DLA SZAMPONU

Na moim blogu zrobiło się ostatnio bardzo okulistycznie. Żeby trochę odświeżyć głowę (dosłownie i w przenośni) coś z innej beczki. 
Spieszę donieść, że nie jesteśmy skazani na używnie drogich i wypchanyh po brzegi chemią szamponów. Istnieją domowe sposoby mycia włosów bez chemii.
W internecie roi się od pomysłów zastąpienia szamponu. Efekt niestety dosyć często jest mizerny i nie skłania do zmiany pięknie pchnącego produktu z drogerii. Mnie jednak, metodą prób i błędów udało się znaleźć dwa sposoby, które w pełni mnie satysfakcjonują. Nie widzę różnicy jeżeli chodzi o ich miekkość i gładkość w porównianiu ze zwykłym szamponem, natomiast gęstnieją, zdrowieją i rzadziej się przetłuszczają.

1.)  METODA DOMOWA (orzechy piorące+soda+ocet jabłkowy)


Na poczatku garść orzechów pioracych zagotowuję i przelewam uzyskany roztwór do słoika. Głowę myję nad miską z ciepłą wodą, uzywając do tego kubeczka. Polewam kilka-kilkanaście razy włosy roztworem. Następnie wcieram sodę i ponownie polewam. Sodowo-orzechową wodę wykorzystuję później do drobnego ręcznego prania.
Następnie do kubka wlewam ocet jabłkowy (tu można przeczytać jak go wykonać) i także nad miską kilka-kilknaście razy polewam głowę. Włosy stają się już teraz aksamitnie miękkie. Niesamowicie przyjemne uczucie. Następnie spłukuję włosy ciepłą wodą. I gotowe!  

2.) METODA PODWÓRKOWA (glina)
Zaskokująco odtłuszczająco i myjąco na włosy działa glina. Jest to odkrycie rodem z budowy słomiano-glinianego domku, w której to mieliśmy okazję uczestniczyć latem. Glinę mieszamy z woda, dobrze rozrabiamy i robimy czapkę na włosy. Wygląda przesympatycznie, a efekt po spłukaniu po prostu zdumiewa. Włosy są czyściutkie. Glina do tego stopnia jest skuteczna, że częste mycie może wysuszac włosy i skórę. Gwarantuję jednak, że jako środek myjący na wakacje przy zastosowaniu raz w tygodniu i myciu się w rzece sprawdza się wyśmienicie.


środa, 18 marca 2015

55.) SAMOLECZENIE WZROKU. Anegdota ze Świątyni Czcicieli Ognia. [9]

Kolejna dawka inspiracji z książki ,,Osioł w okularach" Norbiekowa. Została mi przeczytana przez moich znajomych zanim sama książka do mnie dotarła, więc mam do tej historii szczególny sentyment. Uwaga - mocno inspiruje! Z serdecznym pozdrowieniem dla Eli i Pawła!

Pewnego razu mój kolega, wskazując na jakiegoś pacjenta, powiedział: „Ten człowiek jest zdrowy”. Nie uwierzyłem mu, ponieważ dobrze go znałem. Mówił o byłym ministrze, który już od wielu lat cierpiał na przewlekłą formę choroby Parkinsona. Czy wiesz, że jest to porażenie mózgowe? Jeden z symptomów tej choroby przejawia się jako całkowity brak mimiki – twarz staje się jak maska.
Badając go zgodnie z pełną procedurą, doszedłem do wniosku, że jest on rzeczywiście zdrowy. Zapytałem więc: „Gdzie i jak się leczył?”. Opowiedział mi wtedy o jakiejś Świątyni, ale uczciwie mówiąc, potraktowałem to wówczas jako coś bez szczególnego znaczenia. Chociaż wszystko zapisałem, to po jakimś czasie całkowicie o tym zapomniałem.

Następnego roku, w ramach badań profilaktycznych stwierdziłem, że przyłączyło się do niego czterech poważanych staruszków. Od wielu lat cierpieli oni na nieuleczalne choroby, a teraz byli „jak ogóreczki”. Okazało się, że minister-emeryt wysłał ich tam, gdzie sam się leczył.
Teraz ja byłem poważnie zakłopotany. To wszystko nie mieściło się w ramach mojego światopoglądu, który kształtował się przez lata praktyki. Tym razem wypytałem szczegółowo o wszystko i dokładnie zapisałem.

Otóż okazało się, że w górach jest Świątynia Czcicieli Ognia, do której na czterdzieści dni przyjmowano grupę ludzi pragnących się leczyć. Ma to miejsce głównie latem, ponieważ zimą nie można tam dotrzeć. Podjąłem decyzję odwiedzenia tego przybytku i zobaczenia na własne oczy tych cudownych ozdrowień. Umówiłem się z moimi przyjaciółmi: reżyserem i teleoperatorem, że pojedziemy tam razem. Pracowali oni dla republikańskiej telewizji i tworzyli program „Świat wokół nas”.
Dotarliśmy na miejsce spotkania w umówionym dniu, przed nocą. Nasz samochód już odjechał, więc obiecano nam transport na dalszą podróż. Wkrótce okazało się, że transportem tym są osły, a do Świątyni prowadzi górska ścieżka o długości 26 km, którą trzeba przebyć pieszo lub na osłach. Niestety, ponieważ przyjechaliśmy najpóźniej, więc dla nas trzech pozostały dwa osły.
Zacząłem motywować moich kompanów mówiąc: „Czy kiedykolwiek chodziliście po górach? Więc spróbujmy”. Operator był raczej ociężałym mężczyzną, ważył około 130 kg, miał pięć podbródków i ogromny brzuch, ale pomimo tego okazał się człowiekiem całkiem żwawym, do tego z nutą romantyzmu. Tak więc większością głosów pomyślnie pokonaliśmy pierwszą „przeszkodę” – załadowaliśmy na osły cały sprzęt i poszliśmy. Ja pierwszy zacząłem popłakiwać, ponieważ miałem miejskie pantofle, które zdarły się bardzo szybko. Zaczęły boleć mnie nogi ale pomimo to szedłem i myślałem: „Jeżeli taką chorobę wyleczę, to zapiszę każdą receptę i w mieście będę wielkim lekarzem”.
Potem, przeszedłszy dziesięć kilometrów, operator usiadł pośrodku drogi i powiedział:
- Dosyć! Nawet gdy mnie zabijecie, idę z powrotem. Zaczęliśmy więc go uspokajać:
- Jaka jest różnica, gdzie pójdziesz? Jeśli zawrócisz, to masz przed sobą 10 km, a jeśli pójdziesz naprzód, to tyle samo. Więc lepiej już iść naprzód! Namówiliśmy go.
Na miejsce dotarliśmy koło północy. Ulokowano nas i urządzono. Następnego dnia obudziliśmy się o godzinie 11. Zebrano wszystkich i powiedziano:
- Prosimy, żebyście w naszej Świątyni nie grzeszyli, kto nie spełni prośby, będzie pomagał nam w gospodarstwie nosząc wodę.
Okazało się, że w tej Świątyni grzechem jest już pochmurny nastrój. Właśnie zwróciłem uwagę na mnichów chodzą z takim lekkim uśmieszkiem i są całkowicie wyprostowani, jak cyprysy, a mówiąc dokładniej, jakby połknęli kij. Tak więc chodząc po Świątyni powinniśmy cały czas się uśmiechać. Wysłuchaliśmy wszystkiego, trochę pouśmiechaliśmy się, ale po dwóch minutach przeważyło stare przyzwyczajenie chodzenia z miejską fizjonomią, czyli z wiecznie kwaśną i niezadowoloną miną.
W ogóle to oczekiwałem, że zobaczę pozłacane kopuły i tym podobne, a znalazłem tam takie małe, schludne domki i tyle. Prawdą jest, że u nich stale pali się ogień, który czczą podobnie jak i Słońce. Ale zupełnie nie przypomina to Świątyni.
Zdarzyło się kiedyś, że mnisi znaleźli takie miejsce gdzie spod ziemi wypływa naturalny gaz, więc tu, na szczycie skały założyli swoją Świątynię. Zacząłem wypytywać:
- Kiedy zaczniecie przyjmować chorych, stawiać diagnozy? Kiedy zaczniecie leczyć?
Mnisi kompletnie nami i naszymi chorobami się nie zajmowali. Mało tego, okazało się, że nie możemy wyjechać ze świątyni, w której nikt nigdy nikogo nie leczył i leczyć : zamierza! Do tego trzeba jeszcze chodzić z głupawym śmiechem na twarzy, kiedy we wnętrzu wszystko bulgocze ze złości i niezadowolenia!
Widzę, że operator patrzy na mnie jakoś zaczepnie, by coś zamierzał, natomiast reżyser z ironią rzuca:
- Dokąd nas przyprowadziłeś, ty nieszczęsny mądralo? ja sam, to co?!
Dopiero potem zaczęło się coś dziać. Człowiek piętnaście, może trzydzieści razy szedł po wodę. Mnie też się oberwało, ponieważ… tak ogólnie, sami rozumiecie! Musiałem więc „pomagać w gospodarstwie”, betonowa skała miała sześćset metrów wysokości, natomiast serpentyną droga miała 4 km tam i 4 km z powrotem. To po takiej drodze wspinaliśmy się tu zeszłej nocy?! Gdy to zobaczyłem, o mało nie fiknąłem!
Koniecznie trzeba było ze sobą nieść szesnaście litrów wody, a do tego sam dzban ważył pięć kilogramów. Ogólnie rzecz biorąc musieliśmy dźwigać do góry tą drogą 21 kg. W takich warunkach najwygodniej nieść ładunek na głowie. Właśnie wtedy poznałem prawdziwe przeznaczenie kręgosłupa, tzn. kręgosłup jest potrzebny, żeby głowa nie spadła w majtki!
Wyruszyłem po raz pierwszy i powróciłem do Świątyni około godziny czwartej-piątej wieczorem, bardzo zmęczony, ale z uśmiechem na twarzy na wszelki wypadek. Wtem podchodzi do mnie jeden z mnichów i życzliwie mówi:
- Proszę zejść jeszcze raz.
- Dlaczego?! Przecież już schodziłem!!! — i czuję, że z przerażenia zaczynają się u mnie bóle porodowe, pomimo tego, że jestem mężczyzną!
- Kiedy wspinałeś się, to przyniosłeś ze sobą grzech.
- Nie, uśmiechałem się! – z rozpaczy zacząłem się sprzeczać. Wyobraź sobie proszę, że właśnie przeszedłeś 8 km, a poprzedniego dnia – 26 km, bez kolacji, bez śniadania, bez obiadu. Nogi są potłuczone, opuchnięte, jęczą ze zmęczenia, a tu ci mówią „jeszcze raz”! Można zdechnąć!!!
- Idę, ale jeszcze wam pokażę.
W jednym z okien zobaczyłem obserwatora z lornetą i zrozumiałem, że spory są bezsensowne. Wszystkich, którzy wspinali się z ładunkiem, miał jak na dłoni. Musieliśmy więc iść z powrotem. Szedłem na dół, przypominając sobie czasem swoją głupotę i gwałtownie krzycząc: „A-a-a…!!!” Trafiłem chyba do jakiegoś miejsca, gdzie siedzą idioci i pastwią się nade mną!!!
Teraz uśmiechałem się bestialskim uśmiechem i każdemu idącemu z naprzeciwka mówiłem: „Uśmiechaj się  kretynie, oni patrzą z góry przez teleskop!
Tu okazało się dlaczego, kiedy zapytałem swoich pacjentów, czym i jak ich leczono, oni z uśmiechem unikali odpowiedzi mówiąc: „Zrozum, to trudno wyjaśnić”. Przed bramą złapałem się na tym, że jest już ciemno, ale uśmiecham się nadal. No i dobrze, bo może mają jeszcze przyrząd do widzenia w nocy?!
Głodny i wyczerpany, ledwie dowlokłem się do swojej pustelni i ledwie z ulgą westchnąłem, zdejmując z twarzy idiotyczny uśmiech (twarz też się zmęczyła!), kiedy nagle, za plecami poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Serce mi zamarło. Znów rozdziawiłem gębę po same uszy, gwałtownie obróciłem się i zobaczyłem… kogo, jak myślisz? – Siebie!
Okazało się, że na ścianie wisiało lustro. Zobaczyłem w nim twarz zmizerniałą, zakurzoną, ze śladami strużek potu i nienaturalnie szerokim uśmiechem. Otóż wtedy ogarnęła mnie histeria. Śmiałem się niepohamowanie i głośno. Policzki opadły, brzuch bolał, a ja w żaden sposób nie mogłem się uspokoić. Śmiałem się nad absurdalnością sytuacji, którą sam sobie stworzyłem.
Ten zgiełk sprawił, że przybiegli moi przyjaciele – operator z reżyserem, którzy również zaczęli rechotać, a potem, wyśmiawszy się do woli, jakoś dziwnie zaczęli na mnie spoglądać…
Z każdym dniem ludzi noszących wodę było coraz mniej i mniej. Po tygodniu nikt nie pozostał. Potem zebrano nas i powiedziano:
- Dziękujemy, że przynosicie światło do naszej Świątyni. Jeśli jest wam potrzebna woda, to możecie ją sobie wziąć. Tu, na terenie Świątyni otworzono furtkę i wskazano na kamienny domek. Część gościnna była oddzielona ścianą od części mnisiej. Okazało się, że wewnątrz tego domku jest zdrój. Zbudowano go, żeby zimą nie zamarzał. Natomiast dzban z wodą był specjalnie wymyślonym sposobem doprowadzenia prostej prawdy do głowy przez nogi.
Okazało się też, że każdy, kto przychodził do tej Świątyni, uważał się za mądrego, każdy miał swoje ambicje. Aby wybić z nas wszelkie naleciałości, służebnicy Świątyni wymyślili taki sposób „leczenia” pychy.
Ja również przyszedłem tam ze swoim statutem – oczytany, napakowany wiedzą i pewnymi zdolnościami, których nie mają inni. Oni to przygłupy, a ja jestem taki mądry! Jedynie tydzień zajęło „wytrzepanie” ze mnie całego tego szaleństwa. W ciągu jednego tygodnia zrobiono ze mnie człowieka!
Tam spotkałem się z samym sobą. Znów zaczęły mnie interesować kwiatki, żuczki, mrówki. Na czworaka pełzałem i obserwowałem jak one chodzą przebierając nóżkami. Wydawało mi się, że nagle poczułem się dzieckiem. Patrzę, a z innymi dzieją się te same rzeczy. Zapomnieliśmy o wszystkich swoich rangach, a najbardziej interesujące jest to, jak zauważyłem, iż kiedy wszyscy się uśmiechają, to miejska mimika, niegdyś dla nas normalna, teraz zaczynała być odczuwana jako „zboczenie”.
Czy widziałeś kiedykolwiek, żeby dorośli ludzie bawili się dziecięcymi grami? Śmiesznie, nieprawdaż? A myśmy grali i był to dla nas stan całkowicie naturalny.
Potem zacząłem zwracać uwagę na to, co mówią ludzie: „Ulżyło ci, zrobiło ci się lepiej”. Wiązałem to z pogodą, przyrodą… z górami itp! Lecz potem doszedłem do wniosku, że cała tajemnica jest związana z mimiką i postawą.
Czterdziestego dnia pobytu poszedłem do przeora Świątyni i powiedziałem: „Chcę tu zostać”.
—Synku, jesteś młody. Nie myśl, że jesteśmy tutaj dla dobrego życia. Mnisi, którzy się tu znajdują są słabymi ludźmi. Oni nie są w stanie pozostawać czyści pośród brudu. Synku, oni nie są przystosowywani do życia, są zmuszeni uciekać przed trudnościami. Istniejemy po to, żebyście mogli wziąć światło i ponieść je dalej w swojej duszy. Jesteście ludźmi silnymi, jesteście odporni.
Zacząłem coś mówić, a potem, w końcu powiedziałem: „Ale zapewne jestem jedynym z grupy, który przyszedł do Ciebie”.
-Mylisz się, jesteś jednym z ostatnich.
Okazało się, że prawie wszyscy z naszej grupy zdążyli już przedstawić przeorowi swoją prośbę o pozostanie. Rozumiesz to?
Po upływie czterdziestu dni opuściliśmy Świątynię. W drodze powrotnej spotkaliśmy grupę ludzi pragnących uzdrowienia, podobnie jak my czterdzieści dni wcześniej. Jołki połki! No i te gęby! To była wataha ludożerców, która się na nas rzuciła:
—Pomogło? Na co chorowałeś? Co dają? Czy wszystkim pomaga? Odpowiedziałem:
—Każdy otrzyma wedle zasług!
Patrzę to na nas — to na nich, to na nas – to na nich. My wszyscy się uśmiechamy…
Nagle poczułem, że odsuwam się. Oni też jakoś oddalają się od nas jak od trędowatych. Obok mnie, opierając się na ramionach swoich synów, stał osiemdziesięcioletni staruszek. Powiedział: „Czyżbyśmy byli tacy sami?!”
Kiedy przyjechałem do miasta, zobaczyłem tłum bezdusznych, obojętnych, absolutnie neutralnych ludzi, którzy wiecznie dokądś się śpieszą, sami nie wiedzą dokąd i po co. Było mi bardzo ciężko znów przyzwyczajać się do miejskiego sposobu życia.
Zmieniło się we mnie coś raz na zawsze. Nagle poczułem się jak w teatrze absurdu, a życie upływające w mieście wydało mi się puste i nikczemne. Niemożliwe stało się patrzenie na te twarze. Gdybyś wiedział, jaki czułem dyskomfort! A przecież jeszcze nie tak dawno byłem taki sam jak oni.
Potem, kiedy poszedłem do pracy, chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście cała istota uzdrowienia leży w uśmiechu i postawie? A może rzecz leży w pogodzie, klimacie lub jakichkolwiek innych warunkach zewnętrznych?!
Zajęcia zorganizowałem w sali gimnastycznej polikliniki. Zaprosiłem pacjentów-wolontariuszy spośród tych, którzy znajdowali się w naszej ewidencji, objaśniłem im zadanie i rozpoczęliśmy treningi. Zajmowało to godzinę, może dwie dziennie. Po prostu chodzili oni po sali gimnastycznej z uśmiechem, zachowując wyprostowaną postawę. A czy wiesz jak jest ciężko utrzymywać cały czas ten uśmieszek?! Nie wierzysz?!
Spróbuj uśmiechać się na ulicy i utrzymać wyprostowaną postawę, a natychmiast poczujesz na sobie ciśnienie otaczającego świata! Będzie Ci bardzo ciężko, zwłaszcza na początku! Idziesz, idziesz, aż tu nagle, niepostrzeżenie łapiesz się na tym, że znów jesteś skręcony, jak służbowa kiełbaska. Po 15-tu minutach, w odbiciu jakiejś witryny nagle dostrzegasz, że patrzy na Ciebie jakaś gęba!
Czeka Cię walka! Aby przeciwstawiać się ciśnieniu środowiska dążącego do starcia Cię na proszek i pozostania samym sobą, potrzebny jest dobrowolny przymus!
Przez jakiś czas, na początku zajęć, zaczęły pojawiać się różne, interesujące problemy. Jeden z naszych entuzjastów mówi:
- Zgubiłem okulary. W swoim czasie przywiozłem je z Francji. Tyle lat je nosiłem, a teraz gdzieś je zostawiłem.
Dlaczego je zgubił? Ponieważ ich przydatność zaczęła zanikać. Drugiemu jelito zaczęło pracować. Trzeci zaczął słyszeć, a jego problemy ze słuchem ciągnęły się od dzieciństwa. Poprawę odnotowałem u wszystkich.
Otrzymane rezultaty spowodowały, że zaczęły mi się „jeżyć włosy na głowie”. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie przez tyle lat chorują, a potem zdrowieją z powodu jakiejś idiotycznej postawy i uśmiechu.
Zacząłem wtedy studiować to zjawisko w warunkach laboratoryjnych i zastanawiać się, jakie zmiany zachodzą w organizmie. W ten sposób jeden przypadek stał się fundamentalnym odkryciem naukowym.
Cóż się natomiast stało z operatorem i reżyserem? Otóż operator schudł, a jego waga utrzymuje się dotąd na poziomie mniej więcej 85kg. Wyleczył się też ze swoich bolączek. Ale z nas trzech największy sukces odniósł jednak reżyser. Kilka lat temu rozwiódł się z żoną, ponieważ codziennie nie wylewał za kołnierz, ale porzucił picie i  wrócił do żony na dobre, a parę lat temu wzięli drugi raz ślub.

poniedziałek, 16 marca 2015

54.) SAMOLECZENIE WZROKU. LENISTWO NIE ISTNIEJE. [8]

,,Sparafrazowane" z ostatniej rozmowy telefonicznej z mamą
- Wiesz mamuś mam dla Ciebie nowe ćwiczenia na kręgosłup (mama ma problemy z dyskopatią)
- Fajnie, tylko wiesz córeczko jak to jest, człowiek z natury jest leniwy. Mam wiele ćwiczeń, a zazwyczaj robię konieczne codzienne minimum
[...]
- Mamuś mówię Ci metoda Norbiekova jest niesamowita, działa!
- Dajmy na to, że można wyleczyć nią wzrok bez operacji, dajmy na to, że można nią wyleczyć żylaki i wszystkie inne choroby. W takim razie dlaczego ludzie tego nie robią?
- Już na to odpowiedziałaś, człowiek jest leniwy. No wiesz lepiej jest mieć spokój przed telewizorem niż ruszyć się, aby zrealizować swoje marzenia.

* * *

Miałam też dzisiaj poświęcić post lenistwu i temu jak je przezwyciężać. Wkleić mnóstwo inspirujących cytatów i motywacyjnych historyjek. Na szczęście teraz, dokładnie teraz,  jak się zabrałam do pisania, przypomniał mi się fragment książki Neila - ,,Summerhill", twórcy pierwszej na świecie demokratycznej szkoły, wielkiego pedagoga, którego książki bardzo mnie zainspirowały jeżeli chodzi o pracę z dziećmi, przyszłe rodzicielstwo, edukację itp. W swojej książce napisał on, że w całej swojej wieloletniej praktyce nigdy nie spotkał leniwego dziecka. Znudzone - tak, zbuntowane - jak najbardziej, ale nigdy leniwe. Jego pogląd opiera się na takim podejściu do dziecka, aby w sposób absolutny uszanować jego wolę. W jego szkole więc nie było przymusu chodzenia na zajęcia, konieczności ubierania się w taki a taki sposób, mycia się (szkoła z internatem), nie było też jakichkolwiek zasad moralnych, ani etykiety. Na początku więc dzieci nie robiły w tej szkole nic poza zabawą, a tak naprawdę w wolny, pozbawiony nacisku sposób odkrywały one siebie, kim są, co ich interesuje. Kiedy odkryły już w jakich zajęciach chciałyby uczestniczyć, robiły to odpowiedzialnie, gdyż posiadały wewnętrzną motywację. Same wybierały, co chciały, wzrastała więc w nich odpowiedzialność za swoje życie. Uczniowie szkoły Summerhill, choć w dużej mierze były to dzieci trudne, wyrastały na szczęśliwych ludzi dobrze radzących sobie w życiu.
W rozmowie z mamą absolutnie nie miałam racji narzekając na ludzkie lenistwo. Ono po prostu nie istnieje, to po prostu reakcja na to, co wszędobylsko się w nas wciska, na normy społeczne, na to, co wypada, a co nie, co jest dobre, a co złe, co jest grzechem, a co furtką do nieba. Gdybyśmy tak dali sobie tydzień na robienie tylko i wyłącznie takich rzeczy, które chcemy robić bez samoosądów nasz ,,problem z lenistwem" i samomotywacją prawdopodobnie by zniknął. (Proszę amerykańskich naukowców o badania w tej sprawie!)
My nie jesteśmy leniwi, jesteśmy wolnymi, cudownymi, wspaniałymi istotami zdolnymi robić wszystko, co tylko sobie wymarzymy! 

Zamiast się dopingować do efektywniejszego działania, kierujmy się po prostu radością i tym co chcemy, nie osądzając siebie i nie pozwalając na to, żeby osąd innych nas dotykał. To bardziej jak pewne, że w końcu będziemy wiedzieć, co jest naszym celem w życiu. MIŁOŚĆ DO SIEBIE i RADOŚĆ zamiast samodyscypliny.

Na koniec zapodaję tu kilkunastominutową afirmację Małgorzaty Wołukanis, idealną do ćwiczeń relaksacyjnych, zakończonych poobiednią drzemką:)
Słowa, które leczą Małorzata Wołukanis ma bardzo pozytywną postawe do świata i głosi, że człowiek jest z natury dobry. W jednym z filmików na NTV powiedziała ona bardzo ciekawą rzecz, że każda idea, która nas inspiruje, która nam rozwija skrzydła, zachęca do samostanowienia, samorealizacji i wolności jest dobra i rozwijająca, natomiast ta, gdzie jest jakaś konieczność po prostu nas ogranicza.

sobota, 14 marca 2015

53.) SAMOLECZENIE WZROKU. Efekty po pierwszym tygodniu ćwiczeń. [7]

Pierwszy tydzień ćwiczeń już za mną. A efekty? Jeżeli chodzi o oczy spektakularnych efektów nie ma, jestem dopiero na drugiej linijce od góry tablicy ćwiczeń - zaczynałam od pierwszej, czyli od tych największych. Nie mam jednak ciśnienia, żeby ozdrowieć super hiper szybko. Niech to się dzieje naturalnie. Uśmiech jednak nie znika mi z twarzy, bo te ćwiczenia są po prostu rodościotwórcze. Poza tym czuję rozćwiczenie oczu, ich ruchy są płynniejsze. Ciekawym odkrywaniem rzeczy dla mnie nowych są ćwiczenia w wyobraźni, bo obserwuję, że wystarczy sobie coś wyobrażać, a mięśnie oka pracują, odczuwam w nich napięcie i roluźnienie zgodnie z obrazem jaki mam w głowie, a nie z ruchem oka. Poza tym, gdy działam wyobraźnią odkrywam, że jest we mnie w środku, za nosem albo za oczami coś, czym mogę dowolnie sterować swoją uwagą. Kiedy na przykład patrzę na prawo, a uwagę kieruję za ucho, odczuwam tam przyjemne ciepło i swoją obecność. Bardzo to intrygujące.
Wspaniałym dopełnieniem moich codziennych ćwiczeń jest gimnastyka stawów. Codziennie rozgrzewam każdy staw i jest to nie tylko łatwe i przyjemne, ale również sprawia, że dobrze czuję się cały dzień.
Ćwiczenia relaksujące to naprawdę hit, często po nich zapadam w drzemkę, zwłaszcza, gdy w tle zpodam ,,Słowa, które leczą" Małgorzaty Wołukanis. W ogóle zastanawiam się, czy sama nie wymyśleć i nie nagrać afirmacji dobrego wzroku.

Jestem z siebie niesamowicie zadowolona i szczęśliwa, bo kazdy mój dzień wypełniony jest miłymi chwilami ćwiczeń i relaksacji.