wtorek, 10 marca 2015

51.) SAMOLECZENIE WZROKU. Moja historia [5]

KARTA CHOROBY
Kiedy miałam 7 lat, moja starsza o 6 lat siostra zaczeła nosić okulary, Wszyscy jednym głosem mówili, że to zasługa genów, gdyż nasz tata od wielu lat miał problemy z krótkowzrocznością i siatkówką. 
Powrócę na chwilę do mojej siostry - łączyły nas dosyć trudne siostrzane relacje. Ja ta młodsza goniłam za nią jak tylko potrafiłam. Ewa już czytała, ja też chciałam, zresztą cokolwiek by nie robiła, ja chciałam to samo. Wydaje mi się, że pewną rolę odegrała tu też zazdrość o uwagę rodziców, bo gdy siostra jechała z nimi do okulisty, ja tez chciałam jechać, być w centrum uwagi.  Pamiętam, że prosiłam nawet mamę o to, czy mogłbym nosić okulary ,,zerówki". Chciałam nosić okulary, więc moje życzenie spełniło się dosyć szybko. Około pół roku później realnie ich potrzebowałam. Szybko rosłam, a wada razem ze mną. I tak dorobiłam się -8,5. Nie powiem, żeby noszenie okularów stanowiło dla mnie rzecz nie do zniesienia, prawdę powiedziawszy byłam z tym pogodzona. Okulary stały się dla mnie ważną częścią mojego życia, nie rozstawałam się z nimi na krok. Pierwsze, co robiłam po przebudzeniu to zakładałam okulary, a ostatnią czynnością było ich zdjęcie. W nich pływałam, ćwiczyłam, robiłam fikołki. Przez całe 18 lat nigdy ich nie zgubiłam, po prostu były ze mną zawsze. Nieśmiała chęć poprawy wzroku zaczynała we mnie kiełkować dopiero na studiach, kiedy zainteresowałam się surową dieta i zdrowym stylem życia.
PRZEŁOM
Jednak prawdziwy przełom miał miejsce dokładnie 25 września 2014 roku w Rosji, nad Morzem Czarnym, w miejscowowości Dżanhot. Jest tam przepiękna kamienista plaża, z wysokim klifem i zapierającymi dech w piersiach widokami, a my wraz z dzień wcześniej złapanymi na stopa znajomymi, postanowiliśmy zobaczyć to piękne miejsce w drodze na jeden z największych ekofestiwali w Rosji - ,,Wozrożdenie''. Oczywiście nie mogliśmy odmowić sobie kąpieli. I stało się to bardzo szybko, fala zmyła mi okulary z oczu. Zaskoczyłam sama siebie swoją reakcją, bo po krótkiej próbie odnalezienia ich, zaczęłam się szczerze śmiać i cieszyć, że po raz pierwszy w moim życiu zgubiłam okulary i dojrzałam do tego, żeby je zgubić. Ogarnęła mnie wręcz euforia. Poczułam, że to jest moment, żeby zacząć poprawiać wzrok. Tego samego dnia dotarliśmy na festiwal. To jest naprawdę wyjatkowe miejsce, nad górską rzeką Żane, znajdują się tam wodospady, źródełka i dużo dolmenów. Przy tym był to festiwal - a więc było mnóstwo ciekawych ludzi: Iwan Carewicz ze swoim bajkowym kramem, mieszkańcy ekowiosek z całej Rosji, wielu bardów, masażystów, wróżbitów różnej maści, anastazjowców, słowiańskich ludków, starowierców itp. Od pierwszego momentu poczułam, a może sobie wmówiłam, że to miejsce po prostu nie przyjęło mnie w okularach. Ludzie bardzo ochoczo dzielili się ze mną wiedzą dotyczącą leczenia wzroku - usłyszałam o Norbiekovie, o Żdanovie, o Szyszko i o Batesie (o nim już coś wcześniej słyszałam), ale także spotkaliśmy ludzi, którzy poprawili wzrok za pomoca cwiczeń. Zaczęłam każdego dnia ćwiczyć (jak umiałam i co wiedziałam, tak ćwiczyłam) i miałam odczucie, że każdego dnia widzę lepiej. Nawet przez chwilę nie pomyslalam wtedy, żeby założyć zapasową parę okularów. Tak, mialam zapas, co zresztą było równie intrygujące i symboliczne, bo zostały mi one wciśnięte przy odjeździe przez mojego tatę, a ja jeszcze na odchodne mu powiedziałam, że generuje w moim życiu takie wydarzenie, że faktycznie stracę okulary.
Pewnego dnia festiwalu, siedząc przy dolmenach (dolmeny to w ogole temat na innego posta, bo te ,,kamienne domki" są naprawrdę intrygujące), poczułam chęć zostawienia swoich zapasowych okularów w tamtym miejscu. Dosłownie poczułam coś takiego, że to wspaniale, że potrafiłam okulary zgubić i cieszyć się tym, że mam okazję do widzenia bez nich, ale teraz czas na moją decyzję, to ja teraz z własnej woli mogę z nich zrezygnować. I zrobiłam to. Do tej pory jestem pod wrażeniem tej decyzji - daleko od domu, w podroży autostopem po Rosji, bez okularów, z wadą - 8,5. W ,,pogrzebie" moich okularów uczestniczył Radek, a całkiem nieoczekiwanie również dwoje innych ludzi - zafascynowany Polakami syn pisarza Asowa (piszacego historię Słowian) i nasza znajoma z innego ekofestiwalu - Łada. To ona opowiedziała mi w tej ,,uroczystej chwili" swoją niesamowitą historię. Kiedy była dzieckiem żelazny opiłek wpadł jej do oka i musiała poddać się operacji. Po zabiegu jedno oko miało bardzo dużą wadę, prawie nic na nie widziała. Zlecono jej noszenie okularów, mało tego lekarz powiedział, że już nigdy nie będzie normalnie widzieć. Łada nie chciała jednak nosić okularów i z dziecięcym zapałem i uporem po prostu nie zakładała okularów, chowala je, gubiła, zostawiała. Nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że są jej potrzebne. Obecnie jako blisko trzydziestolatka ma doskonały wzrok, a pomiędzy jednym a drugim okiem nie ma różnicy w widzeniu. Ostatniego dnia festiwalu, zostałam zaczepiona przez mężczyznę, który przekazał mi bardzo ciekawy sposób na to w jaki sposób wspomóc leczenie wzroku. Wziął dwa ziarenka nieprażonej kaszy gryczanej i przykleił je na wewnętrzną część mojego kciuka. Codziennie nakazał zmieniać ziarenka. Jednego dnia należy przykleić plasterek na prawym kciuku, drugiego na lewym. Po 10 dniach zrobić 3 dni przerwy. Okazało się, że są to meridiany wątroby (funkcjonowanie wątroby jest łączone ze wzrokiem), a w akupresurze punkty te odpowiadają oczom. Najlepszy jest do tego taki najzwyklejszy plaster płócienny. Z braku takiego, użyłam taki, jaki miałam.
Plaster przyklejamy na wewnętrzną część kciuka
W takim to duchu udało mi się pożegnać z okularami. W ogóle, w Rosji wszyscy wierzyli, że mi się uda. Sytuacja jednak zmieniła się tuż po powrocie, czyli w końcu października. My z naszym stylem życia i nabytymi w Rosji doświadczeniami dla naszych rodzin byliśmy kompletnie odrealnieni. Wciąż było mi mówione, że psuję sobie wzrok, że jestem  ślepa, że mi się nie uda, że ,,ja nie wierzę''. Prawdę powiedziawszy trudno tu kogokolwiek winić, bo kto w naszym społeczeństwie ma wiedzę na temat alternatywnego leczenia wzroku, a poza tym sama moja postawa też pozostawiała sobie wiele do życzenia. Przede wszystkim zamiast robić swoje - wchodziłam w dyskusję, chciałam wszystkim udowodnić na swoim przykładzie, że się mylą. Trudność zaklimatyzowania się tutaj po powrocie z podróży, a ostatecznie wizyta u okulisty mnie bardzo zdołowały. Straciłam motywację do ćwiczeń i na powrót zaczęłam nosić okulary. Żeby nie zakończyć tak pesymistycznie, powiem, że w międzyczasie odwiedziliśmy naszych znajomych i spotkała nas miła niespodzianka - ćwiczyli wzrok, zafascynowani Norbiekovem, ale o nich napiszę może w innym poście, a może oni sami się wypowiedzą.

BILANS PIERWSZEJ PRÓBY
-1,5 miesiąca bez okularów
- mogę funkcjonować bez okularów, jest to dla mnie obecnie o wiele łatwiejsze niż wcześniej
- wiele na ten temat się dowiedziałam, spotkałam ciekawych ludzi, usłyszałam mnóstwo inspirujących historii
- obecnie chodzę na codzień w minus siódemkach i nie sprawia mi to żadnego problemu
- ja po prostu już teraz wiem, że każdy jest zdolny do widzenia bez okularów
BŁĘDY
Popełniłam jednak kilka błędów. Znałam ćwiczenia, ale nie wiedziałam tak naprawdę jak to robić. Przetrenowywałam oczy, za malo robiłam ćwiczeń rozluźniających, nie miałam też takiej radosnej postawy. Próbowałam bronić się przed niedowierzaniem w sposób agresywny, oceniająco, próbując coś innym udowodnić. W pewnym momemencie też zaczęlam narzekać na dyskomfort chodzenia bez okularów. Błędem, choć wiele mnie uczacym, była również wizyta u okulisty. Przekonałam się, że najważniejsza jest praca nad postawą - prosty kręgosłup, wiara we własne możliwości, uśmiech, spokój, radość i akceptacja siebie i innych.

2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawie czyta się takie historie. Już teraz rozumiem skąd tak niezachwiana wiara i determinacja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaintrygowało mnie naklejanie kaszy na kciuk. W którym konkretnie miejscu? Szukałam w necie punktów na wątrobę i nie znalazłam żadnego na kciuku :(
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń